3wilki - to dopiero podróżnicy!


Są jednym stadem - watahą. Tworzą jedność, na swoim blogu opisują siebie:


Wadera: Agata Agi Włodarczyk
gatunek: homo sapiens sapiens
rasa: środkowoeuropejska
płeć: samica
maść: jasna
znaki szczególne: tatuaż w kształcie głowy wilka między łopatkami, podłużna blizna wzdłuż prawej łopatki
cechy charakteru: niezależnośc, upór, nerwowość, płaczliwość
zainteresowania: wspinaczka, podróże, sporty oudoorowe, czytanie, doświadczanie wszystkiego co nowe…


Basior: Przemek Bucharowski
gatunek: homo sapiens sapiens
rasa: środkowoeuropejska
płeć: samiec
maść: kasztanowata
znaki szczególne: brak
cechy charakteru: niezależność, upór, konsekwentność
zainteresowania: wspinaczka, podróże, sporty ekstremalne, testowanie  przesuwanie własnych granic


Szczenię: Diuna (Abigar II z Peronówki)
gatunek: canis lupus
rasa: wilczak czechosłowacki
płeć: samica
maść: wilczasta
znaki szczególne: ciemna strzałka u nasady ogona
cechy charakteru: niezależność, upór, nadaktywność
zainteresowania: jedzenie, spanie, zabawa


Psie Wędrówki: Skąd pomysł na takie podróże?
PW: Dlaczego jeździcie z psem?
PW: Dlaczego taka rasa?

3wilki:
Trzy pierwsze pytania są ze sobą ściśle powiązane, dlatego odpowiem na nie jednocześnie.

Jesteśmy parą wspinaczy, poznaliśmy się w skałach Hollentalu (Austria) i już od samego początku razem eksplorowaliśmy nowe dla nas wspinaczkowe “miejscówki” na całym świecie. Poza Polską i popularnymi rejonami skalnymi i górskimi w Europie, wspinaliśmy się np.: w Rumunii, Armenii i Egipcie. W między czasie kupiliśmy samochód kempingowy i od tego momentu podróżowaliśmy jeszcze więcej. Podczas jednej z takich podróży podjęliśmy decyzję, że czas najwyższy zacząć spełniać marzenia i wyjechać w długą podróż. Rzucić wszystko i po prostu ruszyć w świat, najlepiej na rowerach, w stronę Indii. 

Decyzja o podróży już zapadła, kiedy to, postanowiliśmy spełnić jeszcze jedno marzenie - mieć psa. I tu sytuacja zaczęła się komplikować. Pies i rowerowa, kilkuletnia podróż? Przecież to niemożliwe… Uparliśmy się jednak i zaczęliśmy poszukiwania rasy, która dobrze znosi duży wysiłek fizyczny i może biec przy rowerze. Nie byliśmy doświadczonymi “psiarzami”, w naszych domach rodzinnych były psy, ale niewiele wiedzieliśmy o rasach i ich predyspozycjach. Dlatego rasy, które pierwsze przyszły nam do głowy to te, które czasem spotykaliśmy na ulicy, lub znaliśmy z programów telewizyjnych: siberian husky i alaskan malamute. Zaczęliśmy więc dużo czytać. I kiedy już byliśmy zdecydowani, że rodzina powiększy się o “haszczaka“, trafiliśmy na informację, że psy te, bardzo źle znoszą wysoką temperaturę (mogą nawet nagle umrzeć na zawał serca). Byliśmy już blisko rezygnacji  pomysłu podróżowania z psem, kiedy to Przemek przypomniał sobie, że znajomi znajomych mają psa o wyglądzie wilka… i tak to się zaczęło. 


Kolejne godziny szperania w internecie i przeprowadzone rozmowy na temat: “Dlaczego nie chcecie mieć wilczaka”, doprowadziły do tego, że wkrótce,  nie chcieliśmy już żadnego innego psa. 


Wilczaki to psy aktywne, wytrzymałe (wśród właścicieli psów tej rasy znane jest powiedzenie, że “dobry wilczak, to zmęczony wilczak”). Najlepiej czują się w chłodnym i umiarkowanym klimacie, ale dobrze też znoszą zmiany temperatury. Bardzo przywiązują się do właścicieli, lubią kontakt fizyczny i są niezwykle inteligentne (co nie oznacza, że zawsze skore do współpracy). Po prostu pies idealny dla nas! Jednak wilczaki mają jeszcze jedną cechę - bardzo źle znoszą rozłąkę z właścicielem. Pozostawione w domu potrafią niszczyć z siłą tornada. Dlatego kiedy już zdecydowaliśmy się na wilczaka, wiedzieliśmy, że nie jest to pies, którego tak po prostu można podrzucić rodzinie w czasie, kiedy my wybieramy się na wakacje, a nasze życie się od tej chwili bardzo się zmieni. Przybycie wilczaka do domu, można porównać z pojawieniem się dziecka (ilość obowiązków na początku jest porównywalna), a przecież dziecka nie zostawia się wyjeżdżając w długą podróż!

Kiedy już mieliśmy nasze wilcze szczenię, okazało się, że wymarzona rowerowa włóczęga musi poczekać aż suka skończy co najmniej rok. Ze względu na to, że psy tej rasy narażone są na wystąpienie dysplazji bioder (choroba odziedziczona po przodkach - owczarkach niemieckich), nie powinno się przeciążać młodych psów. A więc pozostało czekać…
Rok później znaleźliśmy się w Indiach. Tak jak planowaliśmy – razem z psem i zupełnie nieplanowanie – nie rowerami, ale samolotem i nie dla samej podróży, ale w konkretnym celu. Przyjechaliśmy na zaproszenie znajomego dziennikarza, którego kilka lat wcześniej poznaliśmy podczas wspinania w Armenii. W New Delhi miało na nas czekać opłacone mieszkanie i miejsce w zespole tworzącym nową (pierwszą w Indiach) gazetę o tematyce outdoorowej. Mieliśmy eksplorować temat wspinania w Indiach, fotografować, koordynować i wspierać wydawnictwo od strony social mediów. Takie było założenie. Niestety, już po miesiącu okazało się, wizja współpracy i naszego miejsca w zespole redakcyjnym bardzo się różnią od tego, co zastaliśmy na miejscu. Wytrzymaliśmy jeszcze miesiąc i postanowiliśmy odejść. Był to dla nas naprawdę trudny moment - zostaliśmy w obcym kulturowo kraju, bez pracy, z bardzo niewielkimi i topniejącymi w oczach oszczędnościami i jak się okazało - bez możliwości powrotu do Polski przez okres co najmniej trzech miesięcy. Transport psa do UE z krajów „trzeciego świata” wymaga zrobienia badań krwi na obecność przeciwciał wścieklizny - o czym nie wiedzieliśmy wyjeżdżając. Procedura taka trwa 3 miesiące i nie ma możliwości ominięcia jej lub przyspieszenia. 
Nie wiedząc co zrobić, zrobiliśmy to, co zawsze wydawało nam się lekiem na wszystkie kłopoty - uciekliśmy w góry. Tak zaczęła się nasza dwumiesięczna podróż.


PW: Jak pies reaguje na zmiany klimatu?
3wilki: Jadąc w styczniu do Indii obawialiśmy się o to, jak Diuna, która uwielbia zimę, i właśnie obrosła grubym futrem, zniesie upały. Po przyjeździe okazało się, że radzi sobie całkiem dobrze, nie jest tylko tak aktywna, jak zwykle i większość czasu spędzał leżąc pod wentylatorem. Przez pierwszy miesiąc mieszkanie tonęło w futrze, które suka zrzucała bardzo intensywnie.

Na szczęście kiedy rozpoczęły się największe upały, my już byliśmy w górach, gdzie temperatura była znośna (przez pierwszy miesiąc było deszczowo i zimno). Kiedy byliśmy w niższych partiach gór (poniżej 3000 m.n.p.m), gdzie temperatura znacznie przekraczała 20 stopni Celsjusza, staraliśmy się wstawać o wschodzie słońca, czyli około 5 rano i iść maksymalnie do 13, kiedy zaczynało robić się naprawdę gorąco. Jeśli było to niemożliwe, obserwowaliśmy dokładnie psa i robiliśmy częste przerwy w cieniu, zawsze, kiedy Diuna wyglądała na zmęczoną.

Powyżej 3000 m.n.p.m. często warunki były jeszcze zimowe. W nocy temperatura spadała nawet do kilku stopni poniżej zera. Na Diunie takie zmiany temperatury nie robiły wrażenia, a my, cóż - mocno się do niej przytulaliśmy. Jedyne, co w zmianach aury było dla Diuny zauważalne, to śnieg. Kiedy tylko widziała najmniejsze nawet pole śnieżne - zaczynała szaleć, biegać w górę i dół, gryźć i podrzucać zlodowaciałe kawałki (dla niej śnieg był nowym doświadczeniem - w lutym skończyła pierwszy rok życia). Nauczyła się nawet zjeżdżać z górki na grzbiecie, co nie zawsze cieszyło nas -  przypiętych do drugiego końca smyczy.
W naszej podróży, kilkukrotnie byliśmy na wysokości przekraczającej 4000 m n.p.m. martwiliśmy się więc o to, jak pies będzie znosić zmiany ciśnienia i niedobór tlenu. Nikt nie był w stanie powiedzieć nam tego w Polsce, stąd nasz obawa (w Himalajach Garhwalu nie ma służb ratowniczych, nie mówiąc o weterynarzach). Okazało się jednak, że to tylko my musimy się aklimatyzować, mamy problemy z oddychaniem i szybciej się męczymy. Życie szybko rozwiało nasze wątpliwości - Diuna jest tak samo aktywna na wysokości 1000 i 4000 m n.p.m.


PW: Jak przygotować psa do wyjazdu? 
3wilki: Nie przygotowywaliśmy Diuny do wyjazdu w żaden szczególny sposób, ale trzeba zaznaczyć, że jest to bardzo aktywny pies. W Polsce kilka razy w tygodniu w trójkę biegaliśmy po kilka - kilkanaście kilometrów, od czasu do czasu startowaliśmy w dogtrekkingach, codziennie spędzaliśmy co najmniej godzinę na długim spacerze, a w weekendy (jeśli nie byliśmy w skałach) na wielokilometrowych spacerach z warszawskim stadem wilczków.
Mieszkając w Delhi niestety nie mieliśmy możliwości trenować z Diuną, w Himalaje pojechała więc po dwumiesięcznym okresie “nicnierobienia” (trzeba tutaj powiedzieć, że Indie i ich duże miasta nie są przyjazne aktywnym psom).
Oczywiście planując taki wyjazd, warto popracować nie tylko nad swoją własną, ale i psią formą. Warto też wcześniej nauczyć psa chodzenia w uprzęży, tego, kiedy ma ciągnąć, a kiedy tego nie robić. My przyzwyczajaliśmy Diunę do pracy już w Polsce. Nauczyliśmy ją, że kiedy zamieniamy obrożę, na uprząż, jest to moment pracy, czyli ciągnięcia. Nie ma wtedy czasu np. na obwąchiwanie krzaków. Nie mieliśmy jednak wcześniej okazji przetrenowania schodzenia ze stromych zboczy. Pierwszy tydzień wędrówki był więc dla nas trudny i okupiony siniakami i zadrapaniami na nogach, ponieważ nieomal każde ostre zejście kończyło się potknięciami i upadkami przewodnika ciągniętego zbyt intensywnie przez psa. Nie jest to bezpieczne, ponieważ nasze plecaki ważyły ok. 30 kg (namiot, śpiwory, maty, sprzęt do gotowania, karma dla psa :). W drugim tygodniu udało się nam wprowadzić komendę “wolniej” :)

PW: Zawsze bierzecie psa ze sobą?
3wilki: Zawsze kiedy to możliwe. 
Przez pierwszy rok życia Diuna była z nami na Litwie, na Słowacji, w Czechach, w Rumunii (dwukrotnie) i Indiach. W Górach Sokolich, na Jurze, Górach Sowich, Tatrach, Karpatach i Bieszczadach. Kilkukrotnie wzdłuż i wszerz zjeździła nami Polskę.
Jednak powiedzenie, że zawsze podróżuje z nami, byłoby kłamstwem. Niestety są miejsca, gdzie psa zabrać nie wolno np. Tatrzański czy Bieszczadzki Park Narodowy (chociaż zdarzyło nam się ten zakaz łamać, oczywiście prowadząc psa na smyczy). W Indiach raz, kiedy wyjeżdżaliśmy do Kaszmiru robić materiał o “ski resort” w Gulmargu i naprawdę nie mieliśmy wyjścia, zdarzyło nam się zostawić Diunę w hotelu dla psów, ale bardzo tego żałujemy i nie polecamy. Suka z tęsknoty za nami wyskoczyła z 1,5 metrowego boksu raniąc się przy tym w łapę, a potem demolując hotel :)
Myślę też, że jeśli będziemy planować kilkutygodniowe (a nie kilkumiesięczne) podróże samolotem ze względu na obciążenie fizyczne i psychiczne psa, związane z taką podróżą, będziemy zostawiać Diunę w Polsce, w sprawdzonym miejscu (np. u przyjaciół, którzy też mają psy tej rasy).


PW: Z jakich środków transportu korzystacie?
3wilki: W szczenięcym okresie socjalizacji staraliśmy się zabierać Diunę wszędzie, gdzie się tylko da, przyzwyczajając ją do tłumu, hałasu i różnych środków transportu. Podróżowaliśmy z nią samochodami, pociągami, autobusami, tramwajami i metrem (już w 9 tygodniu życia).
W Delhi, ze względu na to, że Indie nie są krajem “psiolubnym” i z psem nie można podróżować metrem, jeździliśmy z nią głównie taksówkami i motorikszami. W górach, poruszaliśmy się “shared taxi” czyli kilkuosobowymi jeepami, w (i na) których de facto podróżowało nawet kilkanaście osób (rekordowo naliczyliśmy 19+Diuna), stopem (jeepy i małe auta) i lokalnymi autobusami, w których teoretycznie jest zakaz przewożenia psów, ale przecież jesteśmy w Indiach!
Planujemy jeszcze sprawdzić, czy uda nam się w Indiach przejechać z psem pociągiem. Trzymajcie kciuki!

PW: Jak w innych krajach reagują na psa podróżnika?
3wilki: W Europie raczej pozytywnie. Przez ostatnie lata bardzo rozwija się trend podróżowania z psem. Są “psiolubne” hotele i restauracje, a zasady podróżowania różnymi środkami transportu są jasne - pies podróżuje na smyczy i w kagańcu, a czasem trzeba kupić mu bilet. Ludzie w Europie wiedzą też, jak obchodzić się z psem i raczej nie boją się Diuny. Czasem tylko pada pytanie: “Czy to wilk/wolf/lup”?

W Indiach jest zupełnie inaczej. Tutaj tylko bogaci ludzie trzymają psy w domach, a i to nie jest częstym widokiem (zazwyczaj psy wyprowadzane są przez służbę, więc właściciel spędza mało czasu z czworonogiem). Nikt nie podróżuje z psem, a w środkach transportu przewóz zwierząt często jest zakazany. Wydaje się to zaskakujące, ponieważ na indyjskich ulicach poza krowami, bawołami i świniami, jest też dużo bezpańskich psów karmionych przez okolicznych mieszkańców resztkami ze stołu. Wygląda więc na to, że Hindusi boją się więc tylko psów na smyczy.
Co ciekawe, w Indiach nie ma zasad regulujących obecność psa w hotelach czy restauracjach. Dlatego, pomimo strachu właścicieli i obsługi, nie mieliśmy problemów ze znalezieniem noclegu, czy zjedzenie obiadu w restauracji, a Diuna była z nami nawet w szpitalu, gdzie jeden z pielęgniarzy, pokazał nam, gdzie możemy ją przypiąć. Nawet w Parku Narodowym w Gangotri pomimo ewidentnego zakazu wstępu z psami strażnicy wpuścili nas z Diuną pod warunkiem trzymania jej na smyczy (co było zbawienne dla stada bharali, czyli himalajskich niebieskich kozic górskich, na które się natknęliśmy po drodze).


PW: Jak pies znosi sam przejazd/przelot w miejsce docelowe?
3wilki: Diuna jest idealnym kompanem podróży. W autobusach i pociągach po prostu wciska się pod siedzenie i natychmiast zasypia. Trochę gorzej jest z jazdą po górskich drogach jeepami, których kierowcy prowadzą bardzo dynamicznie, tak, że wszyscy troje zaczynamy chorować. W tym środku transportu, kilkukrotnie zdarzyło się Diunie zwrócić kolację (w dniu podróży, przed dotarciem na miejsce, w ogóle jej nie karmimy), ale szybko nauczyliśmy się, że jeśli w dniu poprzedzającym podróż nie będziemy jej karmić mięsem czy kośćmi, rano w samochodzie, nie będzie chorować.
Przed przylotem do Indii słyszeliśmy wiele złego o przewozie psów samolotem, dlatego staraliśmy się Diunę dobrze do tego przygotować. Już kilka tygodni wcześniej wymieniliśmy jej klatkę na kontener lotniczy i ćwiczyliśmy z nią coraz dłuższe zostawanie w zamknięciu (wcześniej nie zostawała w klatce dłużej niż 6 godzin). Jednak, kiedy przyszedł czas zostawienia jej na lotnisku, byliśmy pełni obaw. Okazało się, że niepotrzebnie. Suka świetnie zniosła podróż, nawet nie zabrudziła klatki i w Delhi powitała nas merdaniem ogona i obowiązkowym lizaniem po twarzy.

PW: Który środek transportu jest najmniej przyjazny psu i dlaczego?
3wilki: Na to pytanie nie ma prostej odpowiedzi. Niektóre psy, ze względu na chorobę lokomocyjną źle znoszą jazdę samochodem, inne - mają lęki związane np. z hałasem pociągu.
Z naszego doświadczenia, w Indiach trudno podróżuje się prywatnymi jeepami. Z jednej strony, kierowcy prowadzą tak, że większość pasażerów choruje, z drugiej - często, aby w ogóle móc jechać z psem, byliśmy zmuszani do wykupienia całego tyłu samochodu (4 miejsca siedzące). Nie ma tutaj reguły - czasami płaciliśmy tylko za siebie, a pasażerowie nie bali się jechać z nami z tyłu.
Bardziej ogólnie - oczywiście samolot. Pies zostaje oddzielony od właściciela, który nie ma z nim kontaktu przez wiele godzin; podróżuje w zamknięciu, odosobnieniu i hałasie.


PW: Najszczęśliwsza "migawka" z waszej podróży?
3wilki: Przeżyliśmy naprawdę wiele szczęśliwych chwil i niezapomnianych momentów, wybór nie jest więc łatwy, ale wszystkie chwile, które uważamy za najpiękniejsze, były poprzedzone trudnościami, niemalże nadludzkim zmęczeniem, strachem. Jedną z takich chwil był poranek na szczycie Khuliya, kiedy to, po nocy spędzonej na grani, w namiocie przechylonym pod kątem 30 stopni budzimy się o wschodzie słońca - jesteśmy bezpieczni, a widok rozpościerający się przed nami zapiera dech w piersiach… Widzimy Nanda Devi w całej okazałości. Poprzedniego dnia zgubiliśmy szlak. Postanowiliśmy schodzić wzdłuż potoku, na którego końcu, kilka kilometrów przed wsią, do której zdążamy, natykamy się na wodospad - przeszkodę nie do pokonania. Wokół otaczają nas skały, a na śniegu, tuż obok widać ślady niedźwiedzia. Do zapadnięcia zmroku wspinamy się na zalesione zbocze wracając nieomal w miejsce, z którego wyruszyliśmy. Kiedy docieramy z powrotem na grań - zapada zmrok, a my jesteśmy wykończeni.

PW: Najsmutniejsze wspomnienie?
3wilki: Niespodziewane zakończenie podróży. Pierwszego czerwca, dwa tygodnie przed planowaną datą zakończenia trekkingu, w drodze powrotnej z Gaumukh (lodowca, który daje początek Gangesowi), pociągnięta przez Diunę potykam się i upadam uderzając ramieniem o kamień. Słyszę trzask pękającej kości. Kiedy wstaję, ból nie pozwala mi wyprostować ręki. Już wiem, że to koniec, zamiast na kolejny trekking musimy jechać do szpitala, w którym okazuje się, że mam złamany obojczyk. Czeka nas 18 km marsz w dół (Przemek dźwiga 2 plecaki i idzie z psem), a potem 5 godzin w autobusie do najbliższego szpitala, gdzie nastawiają złamanie. Czas pożegnać Himalaje.

PW: Czego Wam można życzyć?
3wilki: Szybkiego zrastania :), mocnych kości, miękkiego lądowania w polskiej rzeczywistości i oczywiście… kolejnych podróży na 4 łapach.

Podróże tej niesamowitej watahy możecie śledzić na ich Facebooku [KLIK] oraz oczywiście na blogu 3wilki.pl

6 komentarze:

  1. Niedawno trafiłam na 3wilki na FB :D I morda mi się uśmiechnęła, jak zobaczyłam znajomą psia sylwetkę. Zanim trafiła do nas Sensi chcieliśmy właśnie wilczaka. Zakochałam się w tych psach, po tym jak zobaczyłam jednego u znajomego z pracy (pracuję w Czechach). Dużo czytałam o rasie, m.in. o tym że są niesamowicie wytrzymałe, szybko regenerują siły i świetnie radzą sobie w niskich i wysokich temp. Cudowny pies i niesamowici ludzie. na tego bloga nie da się nie wracać :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. cały czas jesteśmy pod olbrzymim wrażeniem :) a sama rasa jak piękna tak i wymagająca - o czym nie można zapominać :)

      Usuń
  2. Niesamowici ludzie i pies. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tacy ludzie dają siłę do działania :)

      Usuń
  3. Powalający wywiad, niesamowici ludzie i nieziemski pies... Jestem w szoku..

    OdpowiedzUsuń
  4. Mega wywiad, mega ludzie, mega pomysły !!! Superowo!! Ogromny szacun!

    OdpowiedzUsuń

 
Instagram

Obserwatorzy:

Polecam:

Lubisz mnie?